Forum https://igrzyskasmiercitrylogia.fora.pl Strona Główna

II zadanie specjalne

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum https://igrzyskasmiercitrylogia.fora.pl Strona Główna -> Główne menu / Archiwum / Kartoteka / Archiwum / Interaktywne Igrzyska Śmierci
Autor Wiadomość
Ashe
Przywódca Rebeliantów
Przywódca Rebeliantów


Dołączył: 12 Lis 2011
Posty: 3512
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 44 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Rzeszów
Płeć: Katniss

PostWysłany: Pią 20:36, 14 Wrz 2012    Temat postu: II zadanie specjalne

Zgodnie z wynikiem ankiety, czas na nadsyłanie prac trwa do 18 września, do 22.00.

Poniżej zamieszam listę osób, które nadesłały mi prace. Jeśli Was na niej nie ma - krzyczcie, bo niektóre wiadomości onet wsadza mi do spamu.

I Kategoria
Rysunek

1. Nekou
2. Roksanka
3. Aurelia
4. Emily
5. Jeanelle
6. Frightening

II Kategoria
Opowiadanie

1. Nekou
2. Roksanka
3. Maggie McKinley
4. Frightening
5. Everlark
6. Grant
7. dominique

III Kategoria
Grafika

1. Jeanelle
2. Cornelia
3. Frightening
4. Aurelia


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Ashe dnia Nie 18:25, 23 Wrz 2012, w całości zmieniany 14 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Ashe
Przywódca Rebeliantów
Przywódca Rebeliantów


Dołączył: 12 Lis 2011
Posty: 3512
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 44 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Rzeszów
Płeć: Katniss

PostWysłany: Nie 21:07, 23 Wrz 2012    Temat postu:

Pam pa ram paaaam!
*fanfary w tle*
Chciałabym ogłosić, że udało mi się w końcu (chociaż łatwe to to nie było) rozstrzygnąć zwycięzców II Zadania Specjalnego. Bardzo pomogło mi w tym szanowne jury, w składzie: Sophie, Lumi oraz Lyonne. Podziękować chciałabym także Grant, która pomogła mi rozwiać dylemat w sprawie grafik i rysunków (żeby nie było - dostała prace niepodpisane, nie wiedziała, która jest czyja).
Ale przejdźmy do rzeczy.

KATEGORIA I - Rysunek
Chociaż chciałam, nie udało mi się tutaj wybrać dwóch prac. Głosy rozłożyły się równo, no i... wyszło jak wyszło, mamy w tej kategorii troje zwycięzców. A oto oni:


Frightening


Aurelia


Nekou



KATEGORIA II - Opowiadanie
Od razu mówię, że podobały mi się wszystkie. Ale wybrać musiałam, tak więc, autorki dwóch najlepszych opowiadań toooo...


Frightening
(i tu akurat nie było dylematów, wybór był jednogłośny ;))

<center>-------------------------------------------------------</center>

<center>Cause we were born to die</center>

Pełen krwi taniec ze Śmiercią. Już wiem, że tej nocy nie będę w stanie ani na chwilę zmrużyć oka, bo nawiedzi mnie to okropne wspomnienie. Upał roztapia mi skórę, jednak czuję nieprzyjemy i obezwładniający chłód gdzieś w okolicach serca. Strach.
Mama próbuje zasłonić mi oczy, mówiąc, że to nie widok dla dzieci. O nie, nie jestem już małym, bezbronnym dzieciaczkiem. Przestałam nim być kilka tygodni temu, podczas dożynek. Przeżyłam niezwykle bolesny kurs szybkiego dojrzewania; już wiem, że życie jest okrutne. Niektórzy nie zdają sobie nawet sprawy, jak bardzo. Wbijam paznokcie w grzbiet Jaskra, a ten nie ucieka, wiedząc, że jest dla mnie jedynym oparciem. Bo ciebie tu nie ma.
Katniss, dlaczego zgłosiłaś się za mnie na trybuta? Czemu walczysz teraz ze zmiechami na arenie, chociaż to moja krew powinna się teraz przelewać? To mi dane było zginąć, bestialsko zamordowana…
I jeszcze ten podekscytowany głos komentatora. Tak, dla niego to najlepsza rozrywka. Dla mnie – największe cierpienie w całym moim dwunastoletnim życiu.
Drżę, a mama obejmuje mnie ramieniem, a ja już nie opieram się, kiedy zasłania mi oczy. Czuję łzy napływające pod powieki, ale nawet nie chcę z nimi walczyć. Oby te słone krople były jedynym, co przeleje się tej nocy.
Katniss, wygraj to. Choćby dla mnie.

<center>***</center>
Ze złością kopię krzesło. Potem stół. Ścianę. Nie zważam na rodzinę, która patrzy na mnie z bólem. Nie rozumieją. Przecież mogłem przy tobie być. Tam. Pomóc w walce ze zmiechami, zgłosić się na ochotnika, tak jak zrobiłaś to dla Prim, żeby ją chronić.
Katniss, ja mogłem zgłosić się za tego syna piekarza! O czym myślałem, sądząc, że w razie, gdybyś umarła, zająłbym się twoją rodziną? Nie mógłbym spojrzeć na malutką blondyneczkę, twoją siostrę, bo samo jej istnienie przypominałoby mi o tobie. Zwykła myśl o odwiedzeniu domu, w którym mieszkałaś, ujrzenie ogrodzenia wokół Dwunastki, przywoływałoby wspomnienia o twojej uśmiechniętej, rumianej twarzy. Nie, nie mógłbym nawet mieszkać w tym dystrykcie.
Jesteś silna, nie możesz się poddać. Wierzę w ciebie, wiem, co potrafisz. Odwracam wzrok, gdy któryś zmiech niemal zrzuca cię z Rogu. Upadam na kolana, patrząc błagalnie na telewizor, jakby od niego to zależało, czy przeżyjesz.
Katniss! Zwariowałaś?! Co ty robisz?! Nie pomagaj Peecie, ratuj się ucieczką! – mam ochotę krzyknąć, ale gdy dochodzi do mnie, że i tak tego nie usłyszysz, tylko zagryzam aż do krwi wargę.
Bez ciebie moje życie byłoby zupełnie do dupy. Otaczałaby mnie gówniana rzeczywistość, przypominająca mi o tobie nawet szelestem liści. Nie umieraj. Nie możesz umrzeć.
Katniss, wygraj to. Błagam, potrzebuję cię.

<center>***</center>
Dostrzegam złotą broszkę, którą podarowałam ci tuż przed tym, jak wyjechałaś do Kapitolu. To mogło być nasze ostatnie spotkanie, jednak ja dalej wierzę, że możesz przeżyć. Jesteś urodzoną zwyciężczynią, Katnisss. To wiem na pewno, choć znam cię tak słabo. Mogłyśmy być przyjaciółkami, ale obie wolałyśmy zachować dystans, nie zdołałyśmy przebić się przez dzielący nas mur stworzony z niewypowiedzianych słów.
Wbijam paznokcie w nadgarstki, aż uświadamiam sobie, że to dzieje się naprawdę. Krwawisz. Wszyscy krwawicie. I umieracie. Och, byłaś taka dzielna, zgłaszając się za Prim, ratując jej życie. Zostałaś bohaterką, więc nie możesz tak po prostu zginąć!
Paraliżuje mnie strach o ciebie. To obłędne, niewiele ze sobą rozmawiałyśmy, ale te kilka wymienionych z uprzejmości zdań sprawiło, że pomiędzy nami zaistniała jakaś więź. A teraz każą mi patrzeć, jak cierpisz. Niemal czuję strach, ból i bezradność, które najpewniej teraz ci towarzyszą.
Katniss, wygraj to. Jesteś ponad to.

<center>***</center>
Nie powinnam jakoś wybitnie przejmować się losem trybutki, nawet, jeśli pochodzi z dystryktu, którym mam zadanie się opiekować. Wiadomo, młodzi z zapałem udają się na arenę i równie szybko giną. Lata pracy w Dwunastce sprawiły, że moje zaanagażowanie coraz bardziej spadało, bo pod moją opieką żaden trybut nie dostał się nawet do ostatecznej piątki. Nie zmienia to faktu, że patrzenie, jak umierają, nie należy do najprzyjemniejszych czynności.
Jednak kiedy obserwuję twoje poczynania na arenie, łzy same napływają mi do oczu. Zaopiekowałaś się tą małą z Jedynastki, zaśpiewałaś jej, gdy umierała i obłożyłaś ją kwiatami… to było niesamowite i świadczy o tym, jak cudowną osobą jesteś.
Dlatego teraz, kiedy walczysz z Catonem i zmiechami, mam ochotę się rozpłakać, jednak nie mogę na to pozwolić, bo rozpłynąłby mi się makijaż. Odwracam się od wielkiego telewizora, głęboko oddychając. Tak, oczywiście, że martwię się twoim losem, ale jestem też profesjonalistką. Jeśli, chociaż wolałabym tego uniknąć, nawet zginiesz, to pochlipię sobie chwilę w kącie i poczekam na kolejne dożynki.
Gdy Cato łapie Peetę, piszczę. Sponsorzy i inni opiekunowie dystryktów patrzą na mnie z politowaniem. Ale obchodzi mnie to tyle, co trendy z zeszłego roku.
- Katniss, wygrasz to! Bierz Peetę pod pachę i wracacie do domu! – wrzeszczę przez łzy, ignorując tusz spływający mi po policzkach.

<center>***</center>
Zamykam oczy. Nie mogę już dłużej patrzeć na twoje cierpienie. Za dużo razy przelała się krew. Siedemdziesiąt cztery razy dwadzieścia trzy równa się tysiąc siedemset dwa, wiedziałaś o tym?
Tysiąc siedemdziesiąt małych, nieznaczących nic dla potęgi Kapitolu istnień. Nie, Katniss, nie pozwolę ci do nich dołączyć. Jesteś… najsilniejszą osobą, jaką znam i jestem dumny, że mogę być twoim stylistą. To dla mnie zaszczyt, naprawdę.
Zawodowiec przydusza Peetę. Chowam twarz w dłoniach, mając ochotę zamordować rozgrzanym woskiem komentatora, który z wielkim zainteresowaniem i radością opowiada o walce na arenie. Po chwili rozchylam palce, by pomiędzy nimi móc zobaczyć, co się dzieje. Zaczynam lekko, niewidocznie drżeć.
Kosogłosy nie wyginęły, chociaż starano się je wszystkie wybić. Były silniejsze, tak jak ty. Nie daj sobą pomiatać, przecież umiesz walczyć! Słyszysz? Tyle razy ci to mówiłem. Jesteś Kosogłosem, Katniss. Dlatego przypiąłem ci twoją broszkę, zanim kapsuła zabrała cię na arenę.
Katniss, wygraj to. Udowodnij, że Kapitol nie ma nad tobą władzy.

<center>***</center>
Pluję własną krwią, mocno trzymając i podduszając tego kochasia. Cała nasza trójka doskonale zdaje sobie sprawę, że to zginę. Zależy jeszcze, czy Kochaś razem ze mną. Śmieję się gorzko. Zapewne ostatni raz.
- Zastrzel mnie, a on zwali się razem ze mną – mówię.
Widzę, że naciągasz cięciwę do krańca możliwości. Mocniej przyduszam Peetę, a twoją twarz wykrzywia grymas bólu, próbujesz wydostać się z patowej sytuacji.
Po chwili czuję na dłoni delikatny dotyk drżącej ręki. Kochaś. Za nim dochodzi do mnie, co miał na celu, strzelasz i pocisk przeszywa moje śródręcze. Wrzeszczę. Potem Peeta popycha mnie i spadam. Uderzam o ziemię, przygotowany na najgorszy w życiu ból.
Walczę, jednak nie mam szans na przetwanie. Już nie żyję. Najwidoczniej już od dawna było mi to przeznaczone.
Zostaliście tylko wy. Jednak to ty, Katniss, jesteś na tyle silna, żeby wygrać.
Katniss, wygraj to. Zasługujesz na to.

<center>*** </center>
Kiedy Cato zamienia się w krwawą plamę, powraca nadzieja. Butelka mocnego wina przestaje kusić, a moją twarz wykrzywia grymas niedowierzania. Od tylu lat wydawało się to nieosiagalne. Dzieciaki cierpiały i umierały, a ja musiałem obserwować ich ból wypisany na twarzy, kiedy uświadamiały sobie, że ich życie wkrótce dobiegnie konca. Wierzyłem w ciebie, choć dotąd sądziłem, że nadzieja jest jedynie matką głupców, Lecz teraz jednego jestem pewien.
Katniss, wygrasz to.
I nagle rozlega się doniosły głos organizatora.

<center>-------------------------------------------------------</center>

Everlark

<center>-------------------------------------------------------</center>

<center>EPILOG </center>

Peeta puszcza moją dłoń. Nie jesteśmy już w Kapitolu, zeszliśmy z areny i sprzed kamer, nie musimy dłużej grać. Stoimy w milczeniu przed domem – moim nowym domem w Wiosce Zwycięzców, jednym z wielu.

Peeta zatrzymuje się u dołu schodów, czubkiem buta kopiąc w najniższy stopień. Nogawka spodni lekko się podwija i coś chwyta mnie za gardło, gdy dostrzegam metaliczny błysk protezy.

Trzyma ręce w kieszeniach i wcale na mnie nie patrzy, więc powoli podchodzę do drzwi, ale kiedy kładę dłoń na klamce, podnoszę wzrok i widzę, jak odwraca się, żeby odejść. Kilka suchych gałęzi trzeszczy pod jego ciężkim, chwiejnym krokiem.

- Peeta! – wyrywa mi się.

Powoli się zatrzymuje, widzę tylko jego przygarbione plecy; jakby przygniatał go ciężar porażki… Nie. To coś innego, i ja jestem tego przyczyną.

Szybko zbiegam z ganku i wciskam mu w dłoń małą różową kulkę. Te cukierki były ostatnim posiłkiem w pociągu i były tak pyszne, iż nie mogłam się powstrzymać, by nie zabrać kilku ze sobą. To głupie, ale uznałam, że Kapitol przynajmniej tyle jest mi winien. Nam obojgu. Wszystkim innym dzieciakom, które zginęły na jego oczach dla rozrywki.

Otwiera dłoń, dotyka go palcem, jakby był jakimś rzadkim okazem owada, podrzuca i na powrót zaciska palce.

- Dostałem prezent – mówi powoli, patrząc mi w oczy – więc teraz co, buziak? – Uśmiecha się kpiąco, a ja czuję, jak krew odpływa mi z twarzy, a drżące dłonie bezwiednie zaciskają się w pięści. Ale nie mogę mieć mu tego za złe, tak właśnie sobie z nim pogrywaliśmy, Haymitch i ja, przez niemal cały okres trwania Igrzysk. Jeden pocałunek Peety równał się lekom lub jedzeniu, w zależności od moich aktualnych potrzeb.

Upuszcza cukierek na ziemię, jednak nie nadeptuje na niego, jak się tego spodziewałam. Wygląda, jakby się wahał, rozważał coś.

- Peeta – szepczę niemal bez tchu, korzystając jeszcze z tej jednej chwili, która nam pozostała. Unosi brwi, czekając… I wtedy zdaję sobie sprawę, że nie wiem już, co mam powiedzieć, jak to zrobić. – Buziak… - bełkocę więc tylko, sama nie zdając sobie z tego sprawy.

- Mam nadzieję, że przynajmniej dobrze się bawiłaś – wzdycha. Nie słyszę w jego głosie złości, jedynie smutek. – Nie przypuszczałem… Wiedziałem, że masz mnóstwo talentów, ale nie podejrzewałem, że jesteś aż tak dobrą aktorką.

Znów się uśmiecha, tym razem smutnym, złamanym uśmiechem.

- A co, jeśli wcale nie jest tak, jak myślisz?! Jeśli nic nie wiesz! Co, jeśli to nie była tylko gra?! – pytam oskarżycielsko, hardo wpatrując się w jego kark, bo ponownie się ode mnie odwrócił. – Co, jeśli to wcale nie była gra? – poprawiam się szybko, przypominając sobie naszą rozmowę w pociągu.

- Posłuchaj, Katniss - cedzi powoli. - Nie jestem zabawką. Niczyją.

- Nie zamierzałam się tobą bawić - wybucham. Tego już za wiele. - Próbowałam uratować nam życie, do cholery!

- Co? - Tak jakby było to zaskakujące.

Biorę głęboki wdech. Potem jeszcze drugi, choć to wcale nie pomaga. I jeszcze jeden, i kilka kolejnych.

- Właśnie to. Dlatego, że nie grałam – mówię w końcu tak cicho, że nawet sama siebie nie słyszę. Ale Peeta najwyraźniej tak; w jednej chwili znów stoimy twarzą w twarz, jest tak blisko, że muszę opuścić wzrok, bo znów zaczyna plątać mi się język.

Unosi brwi, otwiera usta i zaraz ponownie je zamyka. Marszczy czoło, próbuje mnie rozgryźć.

- Pozwól mi chociaż wytłumaczyć! - Pieką mnie policzki. Ja nie rozkazuję. Tylko rozpaczliwie błagam.

Niektóre rany, które wynieśliśmy z areny, są zbyt głębokie, aby je wyleczyć. Ale mogłabym choć spróbować uśmierzyć jego ból, jeśli tylko by mi na to pozwolił.

Z ociąganiem wzrusza ramionami; to przyzwolenie.

- Gdyby to był tylko element gry, pewnie już dawno byś umarł. - Nie wydaje się przekonany, choć dostrzegam błysk zrozumienia w jego oczach. Zastanawiam się, czy zostało coś do dodania - nie. Ale Peeta najwyraźniej czeka na coś więcej, więc zalewam go potokiem chaotycznych słów, najprawdziwszych, na jakie mogę się zdobyć. - Nie grałam... nie wiedziałam... ale nie... teraz wiem... nie grałam. Wcale nie grałam.

Coś w nim pęka. Dosłownie spija każde słowo z moich warg, nie chcąc uronić ani kropli.

- I…

- Tak? – mruczy Peeta. Oddycham z ulgą.

- I ja… - powtarzam.

Figlarne błękitne ogniki w jego oczach mówią mi, iż doskonale zdaje sobie sprawę, co próbuję powiedzieć, ale nie ma zamiaru mi tego ułatwiać. Ale to Peeta jest od rozmów o uczuciach, to Peeta jest chłopcem z chlebem, który był ulubieńcem Ceasara Flickermanna i całego Kapitolu! Ja jestem tylko Katniss Everdeen. Tylko Katniss. Może i igram z ogniem, ale tego nie potrafię.

- Jaaa… - jęczę i czuję, jak pocą mi się dłonie, na których nagle czuję uścisk ciepłych, mocnych palców Peety. – Nie musimy skończyć tak jak Haymitch! – mówię szybko pierwsze, co przychodzi mi do głowy.

Oboje odruchowo oglądamy się na pierwszy z szeregów domów w Wiosce Zwycięzców. Na piętrze pali się światło, co oznacza, że Haymitch pewnie opija nasze zwycięstwo, czy cokolwiek innego. Pewne jest, iż spędza ten wieczór w towarzystwie butelki, tak jak i wszystkie inne od czasu, gdy został zwycięzcą.

Nie chcę takiego życia. Nie chcę wychodzić za mąż, nie chcę mieć dzieci, bo boję się, tak strasznie się boję, że ich imiona trafią kiedyś do szklanej kuli, z której z uśmiechem na ustach wylosuje je kolejna Effie Trinket, a ja nie będę mogła nic zrobić, nie będę mogła ponownie zgłosić się na ochotnika.

Ale chcę powrotu do dawnego życia, tego, co było przed Igrzyskami, chcę znów być zwyczajną dziewczyną, chcę normalnego życia, choć na chwilę, na tyle, na ile to tylko możliwe.

Chcę… chcę chłopca z chlebem. Dlatego splatam jego palce ze swoimi i mówię:

- To nie musi się tak skończyć. Nie dla nas… Nie tak, nie teraz, nie tutaj – szepczę gorączkowo. Peeta bawi się moim warkoczem. Czuję zalewającą mnie falę gorąca, gdy dodaję: - Chcę spróbować…

- Tak? – naciska Peeta, gdy znów się zacinam; niemal słyszę śmiech w jego głosie. On potrafiłby ubrać swoje uczucia w słowa tak pięknie, jak ubiera torty w piekarni rodziców.

- Chcę żyć normalnie – mówię.

- Ja tak samo – odpiera z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Ja… czy ja naprawdę muszę to mówić? Nie umiem! – irytuję się. – Ale chciałabym po prostu spróbować… żyć normalnie. Żebyśmy my, ty i ja, spróbowali żyć jak normalne dzieciaki…

- Haymitch! – krzyczy nagle Peeta, co sprawia, że znów gubię wątek.

– Czy mógłbyś wyświadczyć nam przysługę i wrócić do swojego bimbru?! – warczę. Cień za firanką w odpowiedzi salutuje, a mnie wydaje się, że Haymitch chichocze, choć nie mogę tego słyszeć.

- Ja też tego chcę – powtarza za mną Peeta, jak gdyby nigdy nic. – Więc?

- Więc… - Wiem, że inaczej nie przejdzie mi to przez gardło. Pochylam się i podrywam z ziemi cukierek, który kilka chwil temu upuścił. Na powrót wciskam mu go do ręki. – Zagrajmy w coś – proponuję, mocniej ściskając jego palce. – Pamiętasz jeszcze zasady?

- Jakie zasady? – dziwi się Peeta.

- Och, zasady naszej gry, głuptasie – mówię słodko i uśmiecham się, jakbyśmy wciąż byli obserwowani przez całe Panem. – Wiesz, co jest ceną za jedzenie?

Usta Peety stykające się z moimi mówią mi, że wie. Znów go całuję, a może raczej to on całuje mnie, ale ten pocałunek jest tak dziwnie inny od poprzednich… jest prawdziwy. Teraz stoimy sami wśród zapadającego powoli zmroku, nikt na nas nie patrzy – może z wyjątkiem Haymitcha, choć wydaje mi się, że jest już zbyt pijany, by dostrzec przed sobą nawet kieliszek.

Chichoczę, więc Peeta odsuwa się, zdziwiony, ale ja na powrót przyciągam go do siebie. Tym razem nie udaję. Wiem, że tego chcę. Wydaje mi się, że chciałam tego już w jaskini, ale wtedy to nie był nasz pocałunek – to był pocałunek Kapitolu, całego Panem. Ten jest tylko mój i Peety.

Mój pierwszy pocałunek.

Nie obchodzi mnie, że za chwilę będziemy musieli się rozstać. Wrócimy do domów, a kiedy przyjdzie czas na kolejne dożynki, oboje będziemy drżeć ze strachu o nasze rodzeństwo. Moja mała kaczuszka… Nawet moje zwycięstwo jej nie uratuje, jeśli Effie ponownie wyciągnie karteczkę Primrose Everdeen.

W przyszłym roku zginie kolejnych dwudziestu trzech trybutów, a my, zwycięzcy, będziemy musieli oglądać ich zmagania i starać o sponsorów dla dwojga z nich, kolejnego chłopca i kolejnej dziewczyny z Dwunastki. Będziemy mentorami. To wcale nie jest powód do dumy.

Potrząsam głową, nie chcę o tym teraz myśleć.

Żyjemy w Panem. Tutaj ludzkie życie znaczy mniej niż dobra zabawa.

Nie dam z siebie zrobić pionka w ich grze, powiedział mi Peeta na kapitolińskim dachu. Chcę umrzeć, będąc sobą, Katniss…

Moje pragnienia nie sięgają aż tak głęboko. Ja chcę tylko żyć, będąc sobą. Możliwe, że z Peetą u boku.

Jesteśmy zwycięzcami Głodowych Igrzysk - igrzysk śmierci - ale oboje tak naprawdę wiemy, że w gruncie rzeczy przegraliśmy. Choć już zeszliśmy z areny, gra trwa nadal, jest wieczna. Ale nie musimy być bierni.

Tak jak wtedy udowodniliśmy to, wkładając do ust jagody, tak teraz możemy zamanifestować to w najprostszy z możliwych sposobów…

Kochając.

Więc pozwalam sobie dalej tonąć w ciepłych ustach Peety, choć słyszę skrzypienie drzwi za plecami, cichy okrzyk zdumienia Prim i pomiaukiwanie Jaskra. Chłonę znajomy, chlebowo-mydlany zapach, ciesząc się jego bliskością. Ta chwila tak bardzo kontrastuje z minionym strachem i bólem areny.

Odnieśliśmy te same rany, mamy te same blizny i tylko my wiemy, jak można je zaleczyć, jak sprawić, by zniknęły. Jesteśmy sobie potrzebni.

W tej chwili nic więcej mnie nie obchodzi. Ta jedna chwila jest moja.

Nieważne, co będzie jutro.

Na razie możemy udawać, że to się nigdy nie zdarzyło i nigdy nie zdarzy; że jesteśmy tylko Katniss i Peetą, parą zakochanych nastolatków, nie wiktorami; że żyjemy w innym świecie, takim, w którym nie ma prezydenta Snowa i gdzie nie istnieje coś takiego jak Głodowe Igrzyska, i być szczęśliwi tym naiwnym, ulotnym szczęściem. Gdzieś, gdzie istnieją inne gry.

Mam swojego chłopca z chlebem i nie zamierzam go stracić.

<center>-------------------------------------------------------</center>

Chciałabym też przyznać w tej kategorii dwa wyróżnienia, ponieważ dwa inne opowiadania tak mi się spodobały, że nie mogłam przejść obok nich obojętnie. A są to...

Maggie McKinley
(uśmiałam się jak mało kiedy; rozwalił mnie pomysł i nietypowość, stąd wyróżnienie)

<center>-------------------------------------------------------</center>

WYSTĘPUJĄ:
Snorling
Maggie McKinley (Maggie)
Sophie
BNO (Bliżej niezidentyfikowana osoba)
Wszyscy (w sensie większość społeczności forum)
Ashe
Jeanelle
Frightening (Fri)
Emily
Fantagiro
Dominikue
Nekou
Ktoś (ktoś pełni funkcje osoby, której mi brakowało, bo nie wiedziałam, kto mógł coś takiego powiedzieć / powiedział. W części 5 pełni rolę podświadomości Ashe)



Część 1, czyli jak to się zaczęło:
Snorling – Mam pomysł, mam pomysł! Tylko trzeba znaleźć jakieś forum o IŚ… Wygoogluję to. *googluje* O, jest coś! igrzyskasmiercitrylogia.fora.pl Dobraa, niech będzie.
Rejestracja.
Wejście na cboxa.
KTO TU JEST Z ADMINISTRACJI?!?!?
Maggie McKinley (Maggie) – No, z administracji to jest Jean i Cat, no i Sophie jako mod. Tylko Jean i Cat akurat nie ma teraz na forum.
Snorling – Trudno! Niech będzie Sophie. Widzę, że jest też tu game masterem, więc będzie jak znalazł. Sophie! Piszę Ci pw, dobrze?
Sophie – Yyyy… Okej.

KILKA DNI PÓŹNIEJ:
Snorling – UWAGA, UWAGA! Oto pierwsze w historii forum (i nieskromnie przyznam, że może pierwsze w Internecie) Interaktywne Igrzyska Śmierci!!! Zapraszam do rejestracji!!!
Wszyscy – Hurrraaa! Jak fajnie, IIŚ!!!!
*pięć minut potem*
A co to tak właściwie jest? o.O

JESZCZE KILKA DNI PÓŹNIEJ:
Snorling – Proszę osobę x, osobę y i osobę z do wybrania współrzędnych, na które się udają w tej rundzie.
na gg, dwie godziny później
Ktoś – To ja chcę B5
Snorling – Ale B5 jest już dawno zajęte!
Ktoś – No to C6
Snorling – C6 też zajęte, wybacz
*kilkanaście minut później*
Snorling – dobra, ustalone. G1!

KILKA RUND PÓŹNIEJ:
Ktoś – Snorlinga nie ma już jakiś czas! Co się dzieje? Co z IIŚ???
BNO – Nie wiadomo. Wszyscy stracili nadzieję, że Snorling je reaktywuje.
Snorling – Wróciłem!!! Od jutra ruszamy z grą pełną parą!

NASTĘPNEGO DNIA:
Snorling –

I NASTĘPNEGO:
Snorling –

I JESZCZE NASTĘPNEGO:
Snorling –

I znowu wszyscy stracili nadzieję. Co przenosi nas do części 2., czyli:
Część 2, czyli jak IIŚ zostały reaktywowane
Ashe – Raz się żyje! Chyba reaktywuje IIŚ! Snorling nie wraca, więc co się będą kisić w archiwum! *pisze do Jeanelle*
Hej, co myślisz o tym, żebym spróbowała ożywić IIŚ?
Jeanelle – O, wiadomość od Ashe. IIŚ. Hmm… Interaktywne Igrzyska Śmierci? To one jeszcze istnieją? o.O
*czyta wiadomość*
Hmm… jasne, to świetny pomysł! Sama się zapiszę!
Ashe – O, Jean odpisała! Czyli się zgadza! To lecę po zeszyt mocy i zaczynam pracę!
KILKA MINUT / GODZIN / DNI / MIESIĘCY PÓŹNIEJ:
Ashe – UWAGA! IIŚ uważam za otwarte na nowo!!
Wszyscy – Hurrraaaa! Wreszcie! Snorling wrócił?
Ashe – Nie, ja je poprowadzę
Wszyscy – To nawet lepiej!

Część 3, czyli trudne początki
Ashe – „Czyli o wszystko, co jest dla Was niejasne, pytacie w tym temacie. Żadne pytanie nie jest głupie ;)”

KILKA MINUT PÓŹNIEJ:
Frightening (Fri) - Czy jest określone, ile max osób może tworzyć sojusz?
Czy trybut wygrywa walkę, kiedy jego przeciwnik ucieknie i automatycznie dostaje wszystkie jego rzeczy z ekwipunku?
Rozumiem, że w jednej kolejce postać może wykonać ALBO ruch, ALBO wykorzystać umiejętność?
Jeżeli jakiś trybut zaatakuje przeciwnika pięścią to ten musi odpowiedzieć tym samym, czy może np. użyć do tego łuku lub noża? Czy w trakcie rozgrywki będzie można wrócić do Rogu Obfitości?
Czy (nawet, jak nie posiada się odpowiedniej umiejętności) będzie można otrzymywać prezenty od sponsorów?
Czy jeśli (przykładowo) wejdzie się na pole z jakimiś wielkimi, krwiożerczymi zmiechami, to można będzie przed nimi uciec, korzystając ze specjalnej umiejętności?
Czy zbiorniki pitnej wody będą zaznaczone na mapie?
Czy z umiejętnością łowiectwo czy zastawianie pułapek będzie można polować wszędzie, czy tylko w określonych miejscach?
Ile "kosztuje" cios zadany pięścią, a ile taki mieczem, nożem czy łukiem? (tzn. ile pkt zabiera przeciwnikowi)
Czy wybierając miejsce dookoła Rogu Obfitości będziemy wiedzieć, jakie przedmioty 'skrywa' to pole?
Ashe – Wiedziałam, że to nie był dobry pomysł, zakładać ten temat.
Wszyscy – MILIONY PYTAŃ DO ASHE! MILIONY PYTAŃ DO ASHE!

Część 4, czyli tuż przed grą
TEMAT „MIĘDZY TRYBUTAMI”
Fri – Macie już jakąś taktykę?
Emily – Nie.
Maggie – Nope.
Fantagiro – Zabić, zabić, zabić!
Cała reszta – Raczej nie.
Fri – Zginę pierwsza.
Emily – Ja też.
Dominique – I ja.
Nekou – So do I
Ktoś – WSZYSCY ZGINIEMYYYYYYYYYYYY!!!!!!!!!!! RATOWAĆ SIĘ, PÓKI MOŻNA!!!!

Część 5, czyli 2 trupy na 6 rund
Ashe – Dlaczego nikt nie chce walczyć? Przecież to są IGRZYSKA ŚMIERCI!!!!!
Ktoś – Może boją się umrzeć?
Ashe – Wiesz o co mi chodzi, Ktosiu!
Ktoś – Dobra, dobra. To zmuś ich… znaczy się, zachęć ich do walki. Na przykład powiedz, że nie mogą polować, to zgłodnieją i będą ze sobą walczyć, żeby coś zjeść!
Ashe – Świetny plan, Ktosiu!
Ktoś – Zawsze do usług

Część 6, czyli na tym chyba skończę, bo to jest 730 wyraz
BNO – Ashe chce nas zagłodzić! Na szczęście mam zapasy i nie będę musiał z nikim walczyć o żywność!
Ktoś – Na szczęście zrobiłem/am zapasy na wypadek, gdyby Ashe zarządziła głód. Nie będę musiał/a walczyć z innymi trybutami o jedzenie.
Ashe - FFFFFUUUUUU!!


Komentarz odautorski: Od razu mówię, że w tym oto napisanym przeze mnie opowiadaniu nie chciałam nikogo urazić czy cuś, jakby ktoś tak pomyślał. Może jakiś tekst / cecha będzie dla kogoś przesadzona, ale tak miało być! :P

<center>-------------------------------------------------------</center>

dominique
(cudny pomysł, podoba mi się bardzo; gdyby nie to, że miałam ograniczoną ilość miejsc...)

<center>-------------------------------------------------------</center>

<center>Blow him one last kiss, Clove</center>

Leżę na łóżku, a mój wzrok wbity jest w sufit. Wsłuchuję się w ciche tykanie zegara. Cała moja rodzina jeszcze śpi. Rzadko jest tu taki spokój, przy czterech braciach. Nie spałam tej nocy, nie zmrużyłam nawet oka. Która może być godzina? Jak długo już tak bezczynnie leżę? Spoglądam przez okno, słońce jest już prawie w połowie drogi, więc zbliża się południe. Nie ważne. To już dziś. Rok minął nim zdążyłam to zauważyć. Tak, to dziś. Spoglądam jeszcze na kalendarz wiszący na ścianie aby się upewnić. Wpatruję się w niego dłuższą chwilę, aby całkowicie to do mnie dotarło. Dożynki. Rok temu tak bardzo chciałam się zgłosić, stoczyć walkę, wygrać, przynieść chwałę swojemu dystryktowi, udowodnić wszystkim jak wiele jestem warta, jednak coś musiało stanąć na drodze. Moja matka, oczywiście. Czasami, ba, zawsze, wydaje mi się, że ona tu nie pasuje. Powstrzymała mnie przed zgłoszeniem się, bo nie chciała stracić swojej jedynej, zaledwie 15 letniej córki. Odpływam w tym momencie trochę myślami. Przypominam sobie pewien zimowy wieczór, miałam wtedy jakieś 10 lat. Słońce szybko chowało się za horyzontem, a ja spędzałam czas do późna na ćwiczeniach w lesie. Nie mogłam już dostrzec najmniejszego źródła światła, nawet pojedynczej gwiazdy na niebie, byłam przemarznięta i traciłam czucie w stopach, kiedy to nóż niepostrzeżenie wyślizgnął mi się z ręki i utkwił w przedramieniu. Nie byłam wtedy tak twarda jak dziś, nie panowałam nad bólem, nigdy nie widziałam tyle krwi na raz. Czerwona, gęsta ciecz szybko zabarwiła idealnie biały śnieg pod moimi stopami, byłam przerażona. Zrobiło mi się słabo, traciłam grunt pod nogami, i zanim zdałam sobie z tego sprawę leżałam już na ziemi. Zawyłam z bólu, i może właśnie to mnie uratowało. Ujrzałam Catona idącego w moim kierunku. Miałam ogromne szczęście że akurat tamtędy przechodził. Widywałam go wcześniej w szkole, nigdy jednak nie miałam okazji zamienić z nim ani słowa. Był dwa lata starszy, ale już wtedy był wysoki i dobrze zbudowany. Tej nocy zachował zimną krew, co było zupełnym przeciwieństwem mojej reakcji. Przez jego twarz nie przemknął nawet cień przerażenia, a każdy jego ruch był dokładnie przemyślany. Wiedział co robi, miał większe doświadczenie niż ja. Opatrzył moją ranę, uspokoił mnie, i zaniósł do domu. Jakby tego było mało, zachował to wszystko w tajemnicy, nie wyjawił nic moje rodzinie, wiedział że źle by się to dla mnie skończyło. Wszyscy byli przeciwni temu co robiłam.
Długo zastanawiałam się dlaczego tak postąpił. Prawie każdy kogo znam zostawił by mnie na pastwę losu, abym się tam wykrwawiła. Kto pomógł by dziewczynie która trenowała by kiedyś zabić może właśnie jego? Od tego czasu spędzałam coraz więcej czasu z Catonem. Staliśmy się nie rozłączni na treningach. Miałam czasami wrażenie że troszczy się o mnie, że nie chce aby znowu zrobiła sobie krzywdę. Jednak od tego czasu wiele się zmieniło, nie jestem już tą słabą, bezsilną dziewczyną, dorosłam i jestem silniejsza niż kiedykolwiek. Wiem że on też to wie, wspiera mnie, i nie potępia mojej decyzji.
W końcu łapię się na zbyt długo trwających przemyśleniach, i karcę szepcąc do siebie, aby nikogo nie zbudzić. Wracam myślami do mojej mamy. Zastanawiam się, dlaczego tak bardzo jest przeciwna mojej decyzji? Kto powiedział, że mnie straci? Jestem urodzoną zwyciężczynią, ktoś we mnie wątpi? Tym razem postawię na swoim, nikt nie musi wiedzieć, co planuję. Dowiedzą się po fakcie. Trenowałam przecież tak ciężko, robiłam wszystko. Godziny, dni, miesiące, i lata cierpienia, potu, płaczu i krwi. Godziny zwątpienia w siebie i samotności. Nie. Nie ma innej opcji, w tym roku wezmę udział w Głodowych Igrzyskach. W mojej głowie, jednak cały czas biją się myśli. Przeczesuje włosy ręką, biorę parę głębokich wdechów, i energicznie zrywam się z łóżka. Nie ma nic gorszego niż rozmyślanie nad tym. Podjęłam już decyzję. Zresztą, komu na mnie zależy? Może Jemu, nie wiem. Nie jestem pewna. Nigdy nie powiedzieliśmy sobie niczego wprost, co mogło by o tym świadczyć.
Wchodzę do łazienki, spoglądam w lustrze na swoje odbicie. Ciemne brązowe włosy opadają mi na ramiona. Rozpuszczone wyglądają całkiem w porządku, ale i tak upinam je w kok. Mam wrażenie, że wydaję się wtedy bardziej dojrzała. Dopiero potem przyglądam się swojej piegowatej twarzy, i widzę skutki nieprzespanej nocy.
"Sińce pod oczami dodają mi lat." - Na tę myśl uśmiecham się pod nosem. " - Niech wszyscy myślą że opracowuję strategię po nocach." Wracam do pokoju, staję przed, szafą i zaczynam selekcję ubrań. W Kapitolu powinnam dobrze się prezentować, ale fakt, wszyscy ci ludzie mnie przyćmią, a to powinien być tylko mój dzień. W końcu wyciągam prawie nieużywaną beżową, zwiewną sukienkę. Na co dzień nie ubrała bym czegoś takiego, ale liczy się przecież pierwsze wrażenie, prawda? Na nogi wsuwam za to ulubione, brązowe, skórzane trzewiki. "Niepozorna, skromna dziewczyna z Drugiego Dystryktu zgłasza się na ochotnika. Wygrywa Igrzyska". - Już widzę te nagłówki w gazetach i plotkujących ludzi. Na myśl o tym kąciki moich ust mimowolnie podnoszą się jeszcze wyżej w chytrym uśmiechu.
Pewna siebie wychodzę z domu, zostawiając tylko kartkę na kuchennym stole "Do zobaczenia po Dożynkach!" Tak, niech niczego się nie spodziewają. Zabieram z szafki świeżą bułkę. Nigdy nie brakowało nam jedzenia, więc pewnie nawet nikt nie zauważy że coś zniknęło. Wychodzę na dwór, i napełniam płuca zapachem Dwójki. Kto wie, czym będę oddychać przez następne parę tygodni? Przecież mogę trafić praktycznie wszędzie. Powoli dzieci zaczynają wychodzić ze swoich domów i kierują się na główny plac. Znam większość z nich, przynajmniej z widzenia, lub ze szkoły. Oni chyba mnie też, bo unikają mojego wzroku, Ja za to posyłam im parę groźnych, przeszywających spojrzeń. Kto wie, z kim wyląduje na arenie? Mogę zacząć zastraszać ich już teraz, zresztą. nie potrzebnie, tak już się mnie boją. Tak, zawodowcy drżący ze strachu na myśl o mnie, jestem naprawdę gotowa.
Niedaleko dostrzegam grupkę dziewczyn z mojej klasy. Podbiegam do nich i uśmiecham zwodząco. Witamy się, i wymieniamy fałszywe uściski. Udają się ze mną przyjaźnią, a ja robię to samo. Naprawdę każda z nas wbiłaby by drugiej nóż w plecy i wypatroszyła przy pierwszej lepszej okazji, co w sumie w moim przypadku wydaje się jeszcze bardziej prawdopodobne. Na myśl o tym zastanawiam się przez chwile jakie noże znajdę na arenie, chociaż wiem, że z każdym rodzajem sobie poradzę. Chichocząc głupawo wchodzimy na główny plac. Wpisujemy się na listę obecności i ustawiamy obok pozostałych ludzi z naszego rocznika.
Zaczynam się stresować, nerwowo przytupuję sobie nogą. Staram się chociaż po wyrazie twarzy nie dać tego po sobie poznać. Chcę to już mieć za sobą, stanąć tam na podium i wiedzieć, że to właśnie mnie wybrali. Wreszcie po niemiłosiernie dłużącym się kwadransie burmistrz wychodzi na scenę i wygłasza tą samą formułkę co co roku. Za chwilę pojawia się nasz mentor, mężczyzna w średnim wieku wyglądający tak samo ekstrawagancko jak wszyscy mieszkańcy Kapitolu. Chyba spędził tam zbyt dużo czasu skoro tak się do nich upodobnił. W końcu, mężczyzna sięga do szklanej kuli ze starannie napisanymi nazwiskami. To już za chwilę. A może wcale nie będę musiała się zgłaszać? Może od razu mnie wylosują? O ile łatwiej by było. Jednak marzenie się nie spełnia. Wyczytane zostaje nazwisko Beatrice Chattan. W tym momencie chuda dziewczyna o prawie białych włosach robi krok w stronę przejścia, ma obojętny wyraz twarzy. Chyba nie za bardzo ją to rusza. Dobrze wie, że nie wyląduje na arenie, za chwilę tłum innych dziewczyn będzie błagał by zająć jej miejsce. To moja chwila. Krzyczę że zgłaszam się na ochotnika, jednak w tym samym momencie słyszę kilka innych przekrzykujących się głosów. Spoglądam w kierunku z których dochodzą i rzucam ich właścicielkom mordercze spojrzenia. Jednak ku mojemu szczęściu już parę chwil później idę pewnym krokiem, obok strażnika pokoju, w stronę sceny. Czuję ogarniający mnie triumf który rozlewa się po całym moim ciele. Uśmiecham się i rzucam zacięte spojrzenie kamerom. Wiem, że ten widok wkrótce obiegnie Panem. Staję na podwyższeniu, a mentor przedstawia mnie wszystkim zgromadzonym.
- Clove Sevina! Nasza trybutka z Drugiego Dystryktu!
Niech wiedzą, z kim mają do czynienia.
Mężczyzna podchodzi do kuli z nazwiskami chłopców. Nie słucham, kto zostaje wylosowany. Zresztą co za różnica, zaraz ktoś i tak zgłosi się na jego miejsce. Dla zabicia czasu wygładzam sukienkę, i upewniam się że kok jest nadal na swoim miejscu. W tym momencie jednak zamieram w bez ruchu, i całe szczęście w mgnieniu oka wyparowuje z mojego ciała. Nie słyszę nic, mam wrażenie że ogłuchłam, a wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Widzę Catona idącego w stronę sceny. Już wiem że źle robiłam zgłaszając się! Jak wielki błąd popełniłam, ale on zrobił coś jeszcze gorszego! Nie ma mowy żeby nie zauważył mnie na scenie! Dlaczego więc się zgłosił?! Patrzę w jego oczy, próbuję odczytać w nich, co planuje. Mam za to nadzieję, że w moich zobaczy jedynie gniew. Żadnego śladu smutku, nie mogę sobie pozwolić na takie uczucia. Na żadne uczucia. Powtarzam sobie że nie jestem smutna, nie jestem. Jednak łzy same napływają mi do oczu. Bo oto jedyna osoba, której na mnie zależało, zgłosiła się, aby mnie zabić.

<center>-------------------------------------------------------</center>

KATEGORIA III - Grafiki
I tu znowu trudny wybór. Ale padło na...


Jeanelle


Cornelia



Chciałabym serdecznie pogratulować wszystkim!
Zwycięskie prace zostają nagrodzone wyborem dowolnej umiejętności w IIŚ.
Prace wyróżnione - wyborem dowolnej podstawowej umiejętności w IIŚ.
Natomiast wszyscy, którzy nadesłali mi prace, ale nie otrzymali żadnej nagrody, dostają po 20 Punktów Umiejętności za zaangażowanie i wkład włożony w IIŚ.

Poniżej umieszczam resztę prac, bo każda z nich warta jest obejrzenia/przeczytania.

RYSUNKI


Emily


Jeanelle


Roksanka



GRAFIKI

Frightening


Aurelia


OPOWIADANIA

Grant

<center>-------------------------------------------------------</center>

<center>Szybko</center>

Tik tak, tik tak. Czas przelatuje mi przez palce z okropnym spowolnieniem. Sekundy z trudem zamieniają się w minuty, a minuty w godziny. Tik tak, tik tak. Godziny w żółwim tempie stają się dniami, a dni tygodniami. Tik tak, tik… Zaraz.
Unoszę głowę i dokładnie rozglądam się po szaroburych ścianach, z których farba musi schodzić już od około 10 lat. Tak jak się domyślałam - tu nie ma zegarka. Zwieszam głowę ze świadomością, że odebrano mi nawet tak powszechne prawo jak poczucie uciekających lat. Zawiedziona wzdycham oraz siadam na świeżo ułożonej pościeli - jedynej rzeczy, która w tym miejscu należy tylko do mnie.
Cisza potrafi być naprawdę przytłaczająca. Dusi, uciska i ogłusza w taki sposób, że masz wrażenie, iż na tym świecie nie ma już nikogo innego. Właśnie. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz z kimkolwiek rozmawiałam. Trzy czy cztery dni temu? Pewnie tak - zanim zabrali Peete na rozmowę ze Snowem. Do tej pory jeszcze nie wrócił i obawiam się najgorszego. Co jeśli w końcu stwierdzili, że mówił prawdę i nie wiedział nic o rebelii? Stał się bezużyteczny i go wykończyli? Nie, na pewno nie. Potrzebują go, żeby zmiękczyć Katniss… Tak, a przynajmniej mam taką nadzieję.
Wzdycham po raz kolejny i zamykam oczy, lecz zaraz otwieram je z powrotem. Zapomniałam, że gdy tylko pozwalam opaść powieką dopadają mnie okropne wizje. Wszystkie obraz z przeszłości, jakie kiedykolwiek przede mną stanęły, łączą się w bezsensowną i przerażającą galerię. Nie ma snu, żebym jej nie widziała lub nie słyszała głosów trybutów. Nie ma chwili bym nie czuła zapachu gnijących ciał, żaru na skórze i nie słyszała krzyków.
Nie. Skończ Annie. Wiesz bardzo dobrze, że nie wolno ci o tym myśleć. Kiedy ja nie potrafię. Tak trudno odciąć się od tego, co było. Dobrze wiesz, że lekarz zabrania ci to wspominać. Dlaczego nie chcesz dać sobie pomóc? Dlaczego, Annie? Nieprawda. Chcę tego, ale on nie rozumie. Powinnaś wiedzieć, że nie da się uciec od przeszłości. Jesteś przecież mną. Jestem przecież tobą…
Niespodziewanie coś mi przerywa. Gdzieś z góry dochodzi głośny huk. Po chwili następuje seria strzałów oraz gorączkowych krzyków. Słychać uderzające o siebie przedmioty oraz szczęk łamanych kości. Nie mam pojęcia, co się tam dzieje, ale nie wydaje mi się by było to dobre.
Wstaję, a po chwili znowu siadam. Sięgam po poduszkę i na poszewce zaczynam rysować palcem fantazyjne szlaczki. Po kilku minutach odkładam ją oraz ponownie rozglądam się po celi. Czuję się osaczona. Nie wiem, co mam ze sobą robić. Szukam czegoś… sama nie wiem czego. W końcu chyba na to natrafiam- ciemna plama widniejąca na suficie jest tuż nad moją kozetką. Koncentruje się na niej i staram nie myśleć, co właśnie wyrabia się w pokoju Strażników. Na szczęście przypomina mi się fragment wierszyka z dzieciństwa. Próbując zagłuszyć kakofonię, recytuję go na głos:
„… kieszenie pełne płatków kwiatów, popiołów, popiołów. Spadamy w dół.”
Dźwięki nasilają się. W powietrzu jest już wyczuwalny proch oraz krew. Udaję, że nic się nie dzieje. Że nie słyszę ciężkich butów, które w szybkim marszu uderzają o podłożę, pistoletów i innych broni, zderzających się z ludzkimi ciałami. Biorę głęboki wdech i staram się nie dostrzegać szeptów dobiegających tuż zza zamkniętych drzwi.
„… kieszenie pełne płatków kwiatów, popiołów, popiołów. Spadamy w dół.”
Ktoś sprawnym ruchem je otwiera. Wyraźnie wyczuwam jego obecność. Stąpając niepewnie wchodzi głębiej. Czego on tu szuka? Czy przyszedł tu, żeby zabrać mnie na kolejne przesłuchanie? Czy może ostatecznie chcą się już mnie pozbyć?
„… kieszenie pełne płatków kwiatów, popiołów, popiołów. Spadamy w dół.”
- Halo? Jest tu ktoś? - pyta intruz. Podchodzi coraz bliżej mojej celi i wreszcie mogę mu się przyjrzeć.
Jest wysoki oraz dobrze zbudowany. Ma oliwką cerę, broń w prawej dłoni, a ubrany jest w ubrudzony mundur. Plamy krwi przywodzą mi na myśl malutkie raczki morskie. Są niewinne i piękne. Czerwone niczym zachód słońca…
- Annie Cresta? - Podchodzi do mnie bliżej. Już widzę widniejący na jego ustach uśmiech satysfakcji. Już, już mam się cofnąć pod ścianę, gdy zauważam liczbę 13 wyszytą nad jego sercem. Spoglądam w niebieskie oczy i kiwam głową.
- Chodź ze mną. Ktoś o nazwisko Odair czeka na ciebie. - Wypuszcza mnie zza krat i chwyta za rękę. Nie opieram się. Posłusznie kroczę za nim, jednocześnie nie dowierzając własnym oczom.
Po schodach wydostajemy się do pokoju strażniczego. W powietrzu unosi się zapach potu i czegoś jeszcze. Krwi? Wolę nie wiedzieć. Oprócz tego na podłodze leżą dwa bezwładne ciała w przybrudzonych, białych kombinezonach. Na początku jestem w takim szoku, że nie mogę się ruszyć. Jednak, gdy uświadamiam sobie, że już zginęli, strach nieco opada. Niestety nie na dobre. Po chwili rozlega się tupot kolejnych par butów i z klatki schodowej wydostają się kolejni mężczyźni wraz z zabranymi przez Kapitol trybutami. Jest wśród nich na wpół żywa Johanna Mason i… Peeta! Oddycham z ulgą i przez krótką chwilę jestem tak szczęśliwa, że mogłabym go uściskać.
- Nie znaleźliśmy Enobarii. Już nie ma czasu - melduje jeden z żołnierzy. Następnie, marszcząc czoło, spogląda wyczekująco na tego, który mnie uratował.
- Trudno. Pośpieszmy się - wydaje rozkaz i w tej samej chwili rozlega się wystrzał. Kilka sekund później z jego piersi wydobywa się ostatni jęk. Upada.
- Szybko, trzymać się blisko ziemi- nakazuje ktoś inny.
Strażnik Pokoju, który nie wiadomo skąd się wziął, otwiera ogień. Nasi wybawiciele zaczynają dzielić się na strzelających i na tych, którzy wyprowadzają zakładników. Wszystko dzieje się tak błyskawicznie, że nawet nie wiem, kiedy wybiegam z budynku.
Na zewnątrz panuje okropna pogoda. Deszcz oraz wiatr zacinają ze wszystkich stron. Nie ma nikogo, kto nie byłby mokry i brudny od błota. W najlepszym tempie, na jakie nas w tej chwili stać, dobiegamy do poduszkowca, oddalonego od posterunku o jakieś 20 metrów. Czuję, że ktoś wyciąga do mnie rękę i potem zabiera do środka. Reszta wydarzeń jest jak niewyraźny sen. Jedna z osób nakłada mi na twarz maskę. W pierwszej chwili wydaje mi się, że w środku znajduje się tlen. Dopiero po kilku minutach dociera do mnie, że to gaz usypiający.
Niestety jest już za późno. Czuję jak nogi same załamują się pode mną. Obawiam się, że zaraz głucho uderzę o podłogę, choć nic takiego nie następuje. Zaczynam tonąć wśród miliona barw i dziwnych dźwięków. Nic już nie posiada własnych konturów. Nic już nie jest realne. Świat zlany w jedną wielką masę- męczący i przerażający. Pozwalam opaść powiekom, choć wiem, że pod nimi kryją się jeszcze gorsze obrazy. Dlaczego nie chcesz sobie pomóc? Dlaczego, Annie?

<center>-------------------------------------------------------</center>

Nekou

<center>-------------------------------------------------------</center>

Ze snu zrywa mnie trzask. Towarzyszy mu bardzo niepokojące, wściekłe bzyczenie. Otwieram oczy i widzę roztrzaskane gniazdo os i budzących się ze snu, krzyczących Zawodowców. Oceniam szybko sytuację, nie ma czasu na zbieranie rzeczy. Nie oglądam się na innych i biegnę co sił w stronę jeziora. Czuję żądło wbijające się za moim uchem. To nic, tylko jedno, przeżyję. Oddalam się od serii obłąkańczych wrzasków. Biegnąc w stronę jeziora uświadamiam sobie, że to nie mógł być wypadek. Katniss musiała celowo zrzucić gniazdo na Zawodowców. Ah tak, teraz przecież jestem jednym z nich. Ona tak myśli. Pewnie mnie nienawidzi za to, że do nich dołączyłem… Ale potem zrozumie, że to dla jej dobra. Zrozumie wszystko.
Wskakuję do jeziora, zanurzam się cały. Przyjemny chłód ogarnia moje ciało i częściowo likwiduje pieczenie za uchem wywołane ukąszeniem. Wynurzam się i rozglądam wokoło. Widzę Marvela, który tak jak ja wskakuje do jeziora parędziesiąt metrów dalej, dostrzegam też Clove wyskakującą z lasu. Piszczy i krzyczy, osy musiały ją nieźle pożądlić. Ale gdzie są Cato i Glimmer? Co, jeśli zostali w pobliżu Katniss? Nie ma czasu na myślenie, być może właśnie w tej chwili ona potrzebuje mojej pomocy.
Nie oglądam się na pozostałych i ściskając mocno mój oszczep wyskakuję na brzeg, biegnę z powrotem, do drzewa, do os… do Katniss.
Jestem przygotowany by stoczyć walkę z Catonem i Glimmer, mogę poświęcić własne życie jeśli będzie trzeba. Jestem na to gotowy. Ale nie bez walki. Dobiegam do drzewa, na ziemi leży pusta skorupa gniazda. Biegnę dalej, mijam leżącą nieruchomo Glimmer, której ciało jest pokryte olbrzymimi pęcherzami. Jest martwa. Wiem, bo słyszę już Poduszkowiec zdążający ku zwłokom. Nie ma wystrzałów, więc Katniss żyje, dzięki Bogu. Cato również. Wyskakuję zza krzaków gotowy by zaatakować i widzę ją. Ledwo stoi na nogach, widocznie zbyt dużo os ją użądliło. Trzyma łuk i strzały, wygląda na to, że chce do mnie strzelić, ale nie jest w stanie zrobić czegokolwiek. Powinna się stąd wynosić, jak najszybciej.
- Co ty tu jeszcze robisz? – syczę. Patrzy na mnie oszołomiona, mam wątpliwości, czy w ogóle mnie słyszy. No dalej, Katniss, uciekaj… – Zwariowałaś? – trącam ją tępym końcem oszczepu – Wstawaj! Na co czekasz?
Słyszę gałązki roztrzaskiwane pod ciężarem czyichś stóp. To na pewno Cato. Bo kto inny? Jeszcze chwila i tu będzie, a Katniss jest zbyt zamroczona, by uciekać. Szturcham ją dalej oszczepem i wrzeszczę: - Uciekaj! Biegiem!
Za moimi plecami pojawia się Cato, słyszę jak toruje sobie drogę mieczem. A więc to ten moment… muszę ochronić Katniss, to jest najważniejsze.
Odwracam się i w ostatniej chwili unikam ataku, o włos. Chłopak widocznie zrozumiał, po czyjej naprawdę stoję stronie. Za późno już na tłumaczenie i kłamstwa. Sytuacja jest jasna.
Turlam się kawałek, po czym szybko wstaję i nadstawiam oszczep. Kątem oka widzę, że Katniss, chwiejąc się, znika gdzieś za krzakami. Całe szczęście ucieka. Lecz w tej jednej chwili muszę skupić się na sobie.
- A więc jednak, panie kochasiu – mówi Cato wykrzywiając twarz w czymś, co chyba miało być uśmiechem – Ładnie żeś nas wykiwał – Przełykam ślinę – Teraz tego pożałujesz!
Unikam kolejnego ciosu, miecz wbija się w grudy ziemi, na których jeszcze przed sekundą leżałem. Mam wystarczająco dużo czasu, aby podnieść się na nogi. Ciskam oszczepem w Catona, lecz uchyla się. Nigdy nie miałem do czynienia z oszczepami, kompletnie nie umiem nimi walczyć. Mimo to była to moja jedyna broń i właśnie ją straciłem.
Cato widocznie zauważył desperację w moim oczach, podniósł wysoko miecz i znowu wykrzywił swoją twarz. Musi popracować nad swoim uśmiechem. Tyle tylko zdołałem pomyśleć w chwili, w której cofam się o dwa kroki do tyłu. Znowu udaje mi się uniknąć ataku, ale jestem pewny, że teraz mój fart już się skończył. Mój przeciwnik dopilnuje, aby następnym razem nie chybić.
- Pożegnaj się ze swoją dziewczyną – cedzi przez zęby Cato i z furią atakuje po raz kolejny.
No tak, Katniss… to wszystko dla niej. Oby tylko wygrała Igrzyska. Chcę, aby wróciła do domu cała i zdrowa…
Miecz rozcina mi lewe udo. Czuję okropny ból rozlewający się po całym ciele. Nie muszę nawet patrzeć na ranę, wiem, że jest długa i głęboka. Zaciskam palce na nodze i jakoś udaje mi się utrzymać równowagę. Czuję, jak fala krwi ścieka mi po łydce. Krzyczę i spod zmrużonych powiek spoglądam na Catona. Jest z siebie zadowolony, o tak. Jeszcze chwila i będzie miał mnie z głowy. Kolejnego trybuta mniej.
- Wiesz, Cato… Katniss i tak wygra – mówię walcząc z bólem – czy mnie zabijesz, czy nie.
- Stul pysk – przeciwnik opuszcza miecz i wali mnie pięścią w twarz. Upadam na ziemię, czuję, że grunt jest tu mniej pewny i zniża się, prawie tak, jakbym wisiał głową w dół. Jesteśmy na jakimś urwisku? Mam tylko nadzieję, że Katniss uciekła wystarczająco daleko, że Cato nie złapie jej po tym, jak mnie zabije…
Wciąż mam ją przed oczami. Tą Katniss, która stała tam na scenie na dożynkach. Miała nieobecny, smutny wzrok. Patrzyłem na nią wstrząśnięty, aby po chwili usłyszeć, jak Effie odczytuje moje nazwisko. Już wtedy wiedziałem, że na arenie będę jej sojusznikiem, nie wrogiem. Nie mogłoby być inaczej.
Cato zbliża się i ponownie unosi miecz. Młócę rękami po bokach grzebiąc wśród trawy i liści. Moja prawa dłoń wyczuwa spory, chropowaty kamień. Rzucam nim z całej siły. Kamień miał trafić Cato w skroń, albo w oko, trafia jednak w nos. Dobre i to. Strumień krwi ścieka mu po brodzie. Zaskoczony i oszołomiony tym atakiem Cato zatacza się niepewnie, unosi wolną rękę ku twarzy. Nie czekając na jego następny ruch odwracam się na brzuch i czołgam, grunt staje się coraz bardziej stromy. Jeszcze tylko metr i… piasek osypuje się, a ja razem z nim spadam w gąszcz roślin. Słyszę wściekłe krzyki Cato i rzucane przez niego przekleństwa. Staram się zwinąć w kulkę, jednak z tak głęboką, utrudniającą każdy ruch raną jest to bardzo ciężkie. Czuję jak co ostrzejsze gałązki przebijają mi ubranie. Ląduję w jakichś krzakach i spoglądając między liśćmi patrzę w górę. Zbocze, z którego się przeturlałem było niezbyt strome, ale za to wysokie. Czy Cato podąży za mną? To bardzo możliwe, a skoro tak to nie mam czasu. Chyba zatrzymałem go już wystarczająco długo, aby Katniss mogła się gdzieś schować. Może nawet jeszcze uda mi się ją zobaczyć przed śmiercią… Z tymi myślami czołgam się wśród krzaków tak szybko i sprawnie jak tylko mogę. Słyszę szum strumienia. Zatrzymuję się i nasłuchuję. Gdyby Cato zdecydował się na pościg, usłyszałbym jak schodzi ze zbocza. Może poszedł poszukać łatwiejszej drogi na dół?
Z wielkim trudem dźwigam się na nogi. Nie jest dobrze, ale nie jest też tragicznie. Nie mam czasu aby przyjrzeć się swojej ranie. Wynurzam się z krzaków i idę w stronę strumienia okolonego pasmem kamiennych występów. Wiem, że w tej chwili jestem na widoku, jednak wracając do lasu mogę wprost wpaść na Zawodowców. Zostając przy rzecze będę miał przynajmniej wodę. Wystarczy, żebym znalazł sobie jakieś dogodne miejsce wśród tych wszystkich skał i piaszczystych wzgórz. Noga boli jak diabli, ale głowę zaprząta mi to, że jakimś cudem udało mi się umknąć Catonowi. Przynajmniej na razie. Los mi sprzyja, co?
Ból nogi zdaje się być nie do zniesienia, nie jestem w stanie iść dalej. Widzę, że zostawiłem wokół siebie parę krwistych śladów, staram się je rozmazać. Udaje mi się przeczołgać kawałek dalej. Usadawiam się przy skale wśród plątaniny wodnych roślin, jest w miarę wygodnie, ale czy bezpiecznie? Rozglądam się. Pokaż wszystkim widzom, jak świetnie idzie ci sztuka kamuflażu – myślę. Starając się nie ruszać ranną nogą, zbieram to co mam pod ręką. Wszystko może się nadać.
Po dziesięciu minutach mam na sobie przekonującą – tak mi się zdaje – maskę piachu, błota i listków okrywającą całe moje ciało. Leżę tak nieruchomy, a moja noga pulsuje niesamowitym bólem. Jestem teraz zdany tylko na siebie. W końcu oczy mi się zamykają i odpływam w ciemność. Jak przez mgłę słyszę informację od organizatorów Igrzysk. Zmiana reguł, może być dwójka zwycięzców, jeśli są oni z jednego dystryktu. Ten komunikat zupełnie jednak do mnie nie dociera, jego sens rozpływa się gdzieś wśród ciemności oblepiającej moje oczy. Trwam dalej w bezruchu pośród szumu wody.


Nie wiem, ile czasu minęło, ale wiem, że głos, który mnie obudził, jest najpiękniejszym głosem na całym świecie. Katniss przyszła po mnie, woła moje imię. Zapominam o bólu, wraca do mnie spokój.
- Przyszłaś mnie dobić, skarbie? – nie stać mnie na więcej na tą chwilę.
- Peeta? – Katniss powtarza moje imię parę razy. Widzę, że mój kamuflaż jest naprawdę dobry.
- Nie rozdepcz mnie – chrypię. Otwieram oczy i widzę ją. Jest cała i zdrowa, tuż obok mnie. Przestraszyła się tego, że leżę na ziemi pod warstwą błota. Z jej perspektywy musi być to naprawdę niecodzienny widok. Patrzę na jej zaskoczoną minę i szczerzę zęby w uśmiechu. Nie mogło być lepiej. Katniss mnie znalazła. Nie zabiłem Catona, oberwałem mieczem, nie mam co liczyć na wygraną ani na podarunki od Sponsorów. Ale zdobyłem dla Katniss wystarczająco dużo czasu, by uciekła. A teraz wróciła po mnie i wygląda na to, że nie po to, by mnie zabić. Jest tu razem ze mną, dla mnie. Jestem szczęśliwy.

<center>-------------------------------------------------------</center>

Roksanka

<center>-------------------------------------------------------</center>

- Eleno! Wstawaj, zaraz się spóźnimy! Chyba nie chcesz powtórki sytuacji z tamtego roku? – usłyszałam gniewny krzyk Aleksa i od razu wyobraziłam sobie, jak w złości zaciska usta w podkówkę. Zawsze tak robił, kiedy coś szło nie po jego myśli.
Alex wcale nie był moim ojcem. Nie był też moim bratem. Nie był osobą z mojej rodziny, był po prostu nowym facetem mojej mamy, która od paru tygodniu kochała go nad życie, aż w końcu parę dni temu zaproponowała mu przyprowadzenie się do naszego domku. Był rybakiem, a że dystrykt 4 właśnie z rybołówstwa utrzymywał się najlepiej – Aleks był doskonałym materiałem na ojczyma, oczywiście z sytuacji materialnej. Według mnie jego charakter był straszny, nie mam pojęcia co takiego widziała w nim moja mama.
Posłusznie wyszłam z łóżka, żeby nie zdenerwować go od początku dnia i zaczęłam szperać w szufladzie, by poszukać nowej, różowej szczotki od niego, którą próbował mnie przekupić. Delikatnie rozczesałam włosy i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze.
- No świetnie. – mruknęłam na widok poskręcanych włosów.
- Kochanie.. – do mojego pokoju weszła mama – To nie konkurs piękności. Po prostu tam pójdziesz, staniesz i wrócimy do domu.
- Jeśli mnie nie wybiorą – wzruszyłam delikatnie ramionami.
- Nawet tak nie mów! – zagroziła Suzan – Dzisiaj na obiad wpadnie Tom.. z Mary.
Tom to mój prawdziwy ojciec, ale tylko formalnie. No a Mary to dziewczyna, dziesięć lat młodsza od niego, z którą zdradził moją mamę pół roku temu.
- Po co? – warknęłam. Nadal nie wyjaśniłam sobie z nim paru spraw i nie miałam zamiaru zrobić tego dzisiaj.
- Bo chciał porozmawiać. Poza tym będzie Aleks, przy nim nic ci nie grozi. – uśmiechnęła się delikatnie moja mama. – Ubierz się, a potem zejdź na dół na śniadanie. – uśmiechnęła się promiennie, jakby dzisiaj był jeden z lepszych dni. – Będziemy na ciebie czekać. Dzisiaj będą grzanki.
Otworzyłam ze zdumienia oczy. Moja rodzina dostawała chyba na głowę. Grzanki jemy bardzo rzadko, tylko na specjalne okazje. A czy dzisiaj taka była?
Co roku idąc na Dożynki moja mama uśmiechała się cały dzień i wydawałoby się, że nic sobie z tego nie robi. Zawsze powtarzała „przecież szansa, że cię wybiorą jest jak jeden do miliona”, ale wcale tak nie było. W Dystrykcie 4 wcale nie było milion dzieci, tylko niecały tysiąc. Szansa była większa.
Nagle na moje nogi skoczył Behemot – mój kot.
- Przynajmniej ty dzisiaj jesteś normalny – pogłaskałam go po czuprynce, aż usłyszałam głośne mruczenie. – Wiem, że ci się to podoba, ale nie mam dzisiaj na to czasu.
Kot jakby na mój rozkaz zeskoczył z moich ud i zniknął za drzwiami. Otwarłam szafkę i wybrałam niebieską sukienkę, tą na specjalne okazje. Najwyraźniej zamieniałam się w moją matkę, która również była ubrana w podobną. Założyłam koronkowy pasek i zmieniłam brudne trampki na czyste trampki. Niestety nie miałam innych butów. Związałam włosy w kitkę na boku i zeszłam na śniadanie.
Aleks siedział przy stole i czytał „Capitol Times”, najpoczytniejszą gazetę w Dystrykcie 4. Suzan siedziała przy stole i obgryzała grzankę, skubiąc co chwila trochę dla Behemota, który leżał pod stołem.
- Kochanie! – mama uśmiechnęła się – Wyglądasz pięknie. Usiądź.
- Miejmy już te dożynki za sobą. – mruknął Aleks, przeglądając gazetę.
Dożynki były i zawsze będą wspomnieniem, które chciałabym wymazać z pamięci jako pierwsze. Jeszcze nigdy tak bardzo nie chodził mi żołądek, nie denerwowałam się, nie trzęsły mi się nogi, ani nie skupiałam uwagi na Katherinie Cleat, która co roku losowała imiona przyszłych trybutów. Pojawiała się w moich koszmarach tydzień przed dożynkami. Zawsze. Co noc.
Zjadłam swoje dwie grzanki z pysznym, ciągnącym się serem i razem z Suzan i Aleksem wyszłam z mieszkania. Behemot spojrzał na mnie zza okna i zauważyłam jak macha łapką, jakby mi kiwał. Żegnał się ze mną. Oczywiście od razu wyrzuciłam tą myśl z umysłu, pewnie po prostu chciał zabić muchę, która fruwała nam po kuchni.
Przez całą drogę, a mieliśmy do pokonania na rynek jakiś kilometr, żadne z nas się nie odezwało. Ja szłam z przodu, witając się z koleżankami i kolegami, których wyprzedzałam. Wreszcie doszłam do strażników.
Odwróciłam się do Suzan i uśmiechnęłam się delikatnie.
Będzie dobrze. Przecież co roku jest dobrze. To moje przedostatnie dożynki, co się tak denerwujesz Ellie?
Ustawiłam się w kolejce, by podpisać się krwią na dokumencie, a następnie strażniczka wskazała mi ręką gdzie mam iść. Oczywiście sama też poradziłabym sobie, w końcu to nie moje pierwsze dożynki. Zauważyłam Alice, moją koleżankę z klasy i podeszłam do niej.
- Hej Aly. – uśmiechnęłam się.
- Cześć. – zadrżał jej głos.
- Nie denerwuj się, będzie dobrze. – złapałam ją za rękę jak zawsze. – Co roku jest.
- Miałam dzisiaj sen.. – zaczęła
- Witajcie! – przerwał jej głos Katherine Cleat, prowadzącej Igrzyska. – Witajcie! – powtórzyła. – Ach, co za piękny dzień! Słońce, zero deszczu, aż ma się ochotę iść na plażę i popływać! Ale zanim tam dotrzecie, zapraszam do obejrzenia filmu.
Zamknęłam oczy, żeby nie oglądać tego badziewia i wsłuchałam się w szum wiatru, który rozwiewał moją gęstą kitkę.
- No dobrze. – kontynuowała. – Czas wybrać trybuta Drugich Interaktywnych Igrzysk Śmierci! Jak co roku, panie mają pierwszeństwo. – uśmiechnęła się.
Spojrzałam na wyraz twarzy Alice i zobaczyłam jak po jej twarzy ciekną łzy. Mocniej ścisnęłam jej dłoń i przyłożyłam sobie do swojego ciepłego policzka, uśmiechając się przy okazji.
- Elena Destroy. – powiedziała w tym samym czasie Alice i Kathernie.
Zamarłam.
To niemożliwe.
Nie, na pewno jest jeszcze jedna Elena Destroy. Przecież mam najpopularniejsze nazwisko w Dystrykcie. A może żadna z nich wcale go nie wymówiła?
Rozglądam się i widzę na twarzach ludzi współczucie, które mi wysyłają. Jedne czekoladowe oczy z rzędu chłopaków świdrują mnie wzrokiem. Po policzkach Sama wolno spada kropla łzy i w tym samym czasie czuję, jak moja robi to samo. Łączy się.

<center>-------------------------------------------------------</center>

(nie dałam rady wkleić tabelki na końcu, za co przepraszam)


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Ashe dnia Nie 21:07, 23 Wrz 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:    Zobacz poprzedni temat : Zobacz następny temat  
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum https://igrzyskasmiercitrylogia.fora.pl Strona Główna -> Główne menu / Archiwum / Kartoteka / Archiwum / Interaktywne Igrzyska Śmierci Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Regulamin